Panie Witoldzie - czy możemy rozpocząć od jazzu?
- Oczywiście
Jazz – Melomani, lata pięćdziesiąte, a Pan mimo wszystko wybrał film. Dlaczego?
- Był taki moment kiedy trzeba było wybrać, w którym miejscu będę miał zapewnione lepsze, dające większą satysfakcję miejsce. To był jedyny bardzo ciężki moment decyzji w życiu. Z jednej strony było mi bardzo żal moich osiągnięć, choć były bardzo amatorskie, ale szczere od serca. Wychowałem się w jazzie, a skończyłem z korbką kręcąc filmy. To była jednak moja decyzja. Muszę przyznać, to, że miałem jakieś tam pojęcie w jazzie, wyczucie rytmu, pomogło mi w kręceniu filmów. Moje filmy są zrytmizowane nie tylko jeśli chodzi o dźwięk, a bardziej w obrazie. „Wesele” w reżyserii Andrzeja Wajdy jest tego najlepszym przykładem.
Tutaj w sztuce Wyspiańskiego jest rytm słowa i tańca.
- To nie tyle adaptacja sztuki, co samodzielne dzieło. Tam udało mi się zastosować paletę Wyspiańskiego - malarza. Te wszystkie sceny wizji poszczególnych postaci miały taki charakter, który może zdarzyć się ludziom poprzez gwałtowne obrazy. To było przeniesienie tej wartości, której nie można było osiągnąć w teatrze. Kamera w tym filmie prawie nie wychodzi na zewnątrz.
Jazz ale też i malarstwo było dla Pana inspiracją w filmie.
- Tak, paleta barw i światła. Bardzo dużo poświęciłem temu czasu. Wśliznąłem się w taki moment, kiedy nikt tego nie robił. Nasze kolorowe światło było zmieszane w palecie bardzo podobnej do malarstwa Wyspiańskiego. Zresztą znałem tę sztukę. Mieszkałem nad teatrem Wojska Polskiego w Łodzi, gdzie po wojnie było wystawiane „Wesele” w znakomitej obsadzie i oglądałem tę sztukę kilka razy. Chciałem stworzyć wizję kinową i udało mi się osiągnąć sukces. Taki drugi film trudno znaleźć.
To były inne czasy – dziś jest Pan profesorem w łódzkiej filmówce. Czy sprawia Panu przyjemność wykładanie, kiedy młodzi ludzie są często bardzo powierzchowni.
- To, że jeżdżę do szkoły 26 rok, wykładam sztukę operatorską sprawia mi wielką przyjemność. Niestety nie wiem dlaczego młode pokolenie nie rozumie tej pasji, którą kryje praca w kinematografii. Kiedyś w tej szkole cieszyło nas niemal wszystko. Była niepewność twórcza, która dodawała nam skrzydeł. Teraz wchodzi się do namiotu gdzie jest wysokiej klasy monitor i wszystko jest podane na tacy.
Czy Pana koledzy: Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Andrzej Idon Wojciechowski nie namawiali Pana by został Pan przy jazzie?
- Oni wiedzieli, że to mój własny wybór. Poniósłbym klęskę gdybym został muzykiem. Byłem amatorem – grałem tak jak czułem. Zmieniłem te zainteresowania w sposób radykalny, nikt mnie do tego nie namawiał. Zresztą Jerzy Duduś Matuszkiewicz też studiował w filmówce i wie jakie to jest fajne uczucie pracować z ludźmi, którzy mają wspólny wytyczony cel. Jednak jego miłość do jazzu i świadomość, że jest wspaniałym kompozytorem była większa. Widujemy się co jakiś czas i wszyscy mamy za sobą swoje marzenia.
Czy dużo pomógł Pan Feliksowi Falkowi w filmie "Był jazz"?
- Myśleliśmy, w momencie kiedy dostaliśmy taką propozycję, że to będzie film, w którym muzyka – jazz będzie głównym motywem, a tu się okazało, że film został stworzony do rozprawienia się z polityką.
Podobno nie chodzi Pan do kina?
- Chodzę na festiwale, moi koledzy i koleżanki też nie za bardzo kochają współczesne kino. Ono dziś nie może się wyzwolić z takiej prostoty – taka papka, szpachtlówka. Mam w rodzinie samych operatorów, mój nieżyjący odniósł wielki sukces w Stanach Zjednoczonych. Mam dwóch wnuków, z których jeden zrobił już dwa filmy w tym „Różę”, która odnosi sukcesy, drugi też zaczyna robić filmy. Zostałem też pradziadkiem, bo młodszy – Michał ma córeczkę.
Czyżby pierwsza kobieta w rodzinie zostanie operatorem?
- Nie dopuścimy do tego /śmiech/
Wnukowie podpatrywali dziadka czy ojca?
- Kiedy mój syn był mały, zabierałem go niekiedy na plan, był bardzo szczęśliwy. On podpatrywał naszą pracę i towarzyszące emocje, dzięki temu był szybko dobrym operatorem. Jego synowie też skończyli szkołę i jeden już odnosi sukcesy. Jakoś skróciło mi się życie, mam 83 lata, nie robię filmów, zajmuję się odnawianiem starych filmów no i śledzę ten los.
Robił Pan też filmy reklamowe.
- Jak nie pracowałem przez 10 lat, żeby nie wyjść z wprawy i dać swoją osobą radę młodym robiłem filmy reklamowe dla hecy i pieniędzy.
Wiele nagród ma Pan na koncie, ale bez Oscara.
- Syn miał nominację, ja nie pracowałem w Ameryce. W sumie nie jest trudno dostać Oscara, moje filmy są doceniane na świecie, dostałem prestiżowe nagrody i to jest dla mnie bardzo ważne.